Recenzja Księgi Heli

Teraz to nazywamy tłuczkiem Biblii…

Postapokaliptyczny krajobraz, po którym samotny podróżnik Denzela Washingtona wędruje w tym ponurym filmie akcji, wygląda tak znajomo, że prawie spodziewasz się, że spotka Viggo Mortensena i Kodiego Smita-McPhee idących w przeciwnym kierunku. Zamiast tego tytułowy Eli spotyka Carnegie (Gary Oldman), jedynego faceta w tej spustoszonej przyszłej Ameryce, który rozpoznał znaczenie zamkniętej Biblii, którą ma w swoim posiadaniu. To nie książka – to broń! jego marny despota syczy na swoich podwładnych po tym, jak Denzel wędruje do swojego pustynnego miasta w poszukiwaniu wody. Ale Eli nie zamierza tak łatwo oddać swojej dobrej książki. To człowiek z misją i ma naprawdę duży nóż...





Ze swoimi religijnymi podtekstami i bezwstydnym chrześcijańskim bohaterem, The Book Of Eli ma na myśli więcej niż przeciętny film o końcu świata. Pozbądź się jednak nadętego poczucia własnej ważności, a zostaniesz z odgrzewanym spaghetti westernem z dodatkami chaosu Mad Maxa. Denzel – po raz pierwszy widziany, jak wyrzuca wychudzonego kota w czymś, co niektórzy mogą uznać za odpłatę za Upadłego – emanuje szlachetnością jako napędzany Eli, ale jest prawdziwym problemem, aby być w pobliżu, jak odkrywa gorąca pasierbica Carnegie, Solara (Mila Kunis), po tym, jak decyduje się podążać za nim dzikość. Tymczasem opustoszałe samochody, gnijące szkielety i grasujące bandy niemytych padlinożerców nie mają nic nowego do zaoferowania, zwłaszcza tym, którzy złapali The Road, Carriers lub I Am Legend.

To, czego potrzebuje pierwszy obraz braci Hughes od 2001 roku „Z piekła rodem”, to trochę zakwasowego humoru, aby łatwiej było przełknąć jego złowróżbność. Rzeczywiście, gdyby nie zakręcone występy Michaela Gambona i Frances de la Tour jako pary starzejących się surwiwalistów, którzy wspierają Eliego i Solarę, oraz Malcolma McDowella, który jest niewymieniony w czołówce jako dziwaczny bibliotekarz, miałoby to charakter niedzielnego kazania.

Więcej informacji

Dostępne platformyFilm
Mniej